Nr 6/2020 Zawód projektant
1 Zawód dizajner – od plastyka do product managera

Nr 6/2020 Zawód projektant

Biblioteka
  1. Wstęp

  2. Zawód dizajner – od plastyka do product managera

  3. Odmienne stany świadomości. Czy można połączyć projektowanie w realiach rynkowych z myśleniem akademickim?

  4. Wespół w zespół

  5. Polski projektant komunikacji wizualnej wczoraj i dziś

  6. Projektowanie produktów z praktycznego punktu widzenia

  7. Czemu i komu służy wyobraźnia


1 Zawód dizajner – od plastyka do product managera

Sam nie mogę w to uwierzyć, ale uprawiam ten zawód od 50 lat. Dokładnie. Gdzieś na trzecim roku studiów zaprojektowałem znak firmowy zakładów oświetleniowych ZAOS (później Polam Wilkasy). Współpraca – z jak mi niedawno naliczono – 63 partnerami biznesowymi (w większości to zakłady produkcyjne) i wdrożenie w tym czasie blisko 300 projektów wzorniczych daje mi, jak sądzę, legitymację do podzielenia się doświadczeniami, które mogą być przydatne współcześnie uprawiającym zawód projektantom – do których zresztą ciągle należę, skutecznie prowadząc zespół maradDesign.

Definicja zawodu?

Projektowanie produktu, grafika projektowa, projektowanie usług, art design, projektowanie zapachu, interior design, produkt autorski, sound design, design management… niekończąca się lista dziedzin, zakresów działań kreacyjnych, w których aktywnie uczestniczymy i którymi często kierujemy. Ładnie to uogólnił Łukasz Mamica, stwierdzając, że wzornictwo to „działania o charakterze twórczym, dotyczącym projektowania dóbr i usług, których celem jest tworzenie wartości dodanej z perspektywy klienta”1.

Skupmy się jednak na wzornictwie przemysłowym. Jeszcze (dla mnie) do niedawna było wszystko jasne. Wzornictwo przemysłowe nadaje technologii postać użyteczną i budzącą uznanie, a przez to czyni ją sprzedawalną – to definicja sformułowana w latach 70. w ICSID  (International Council of Societies of Industrial Design, czyli Międzynarodowej Radzie Stowarzyszeń Wzornictwa Przemysłowego), wówczas bardzo prężnej międzynarodowej organizacji projektantów. Od projektanta form przemysłowych, „plastyka”, oczekiwano ładnej, funkcjonalnej postaci produktu (rzeczy, przedmiotu), którą da się uzyskać w przyjętej (wcześniej) technologii – z uzasadnioną nadzieją, że zwiększy to sprzedaż. Ciągle prawda! Szybko się jednak okazało, że możemy, potrafimy więcej – i szerzej, i głębiej. „Coraz bardziej pożądany będzie projektant […] o specyficznym, elastycznym sposobie myślenia, skupiony na charakteryzowaniu i niekonwencjonalnym rozwiązywaniu problemów, potrafiący funkcjonować jako łącznik w interdyscyplinarnych zespołach, złożonych ze specjalistów z różnych obszarów”2, uważa Krzysztof Bogomaz, a Marek Liskiewicz swoją pracę habilitacyjną tytułuje Projektant wzornictwa przemysłowego – problem solver3. A więc nie tylko postać produktu (wyrobu).

Także zapytania ofertowe formułowane przez przedsiębiorców wnioskujących o dofinansowanie z funduszy unijnych swoich innowacyjnych przedsięwzięć zawierają tego rodzaju fragmenty: „Efektem prac będzie stworzenie strategii działań w obszarze procesu projektowego, przygotowanie założeń do briefów projektowych, przygotowanie szczegółowego harmonogramu działań projektowych, rekomendacje dotyczące technologii produkcji, potencjalnych podwykonawców, materiałów, raport po konsultacji z osobami niepełnosprawnymi zawierający wytyczne do projektu”4. W dalszej części następuje zapytanie o koncepcję i właściwy projekt wzorniczy, najczęściej z obowiązkowym nadzorem nad wdrożeniem – aż do serii próbnej. Także na podyplomowych studiach Total Design Management wyzwanie stawiane przed ich uczestnikami to zarządzanie procesem, którego skutkiem jest zawsze „produkt” w postaci usługi, której nieodzownym składnikiem jest nowy wyrób – co w konsekwencji tworzy całościowo rozumianą wartość dodaną.

Dużo więcej oczekuje się dziś od projektanta niż „nadania technologii postaci użytecznej i budzącej uznanie”. Jednak są na szczęście w naszym zawodzie pewne stałe. Jestem głęboko przekonany, że jedną z nich, kręgosłupem wszystkiego jest…

Proces projektowy

W 1994 roku Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie wydała Rozwój nowego produktu – podręcznik projektowania, który dla wielu z nas przez lata był bazą wiedzy o metodyce wdrażania nowego produktu i roli projektanta w tym procesie. Jest tam zamieszczony schemat autorstwa prof. Jerzego Ginalskiego obrazujący miejsce projektowania wzorniczego w takim ciągu zdarzeń – od określenia potrzeby do produkcji seryjnej. Choć przestrzeń dla wzornictwa raczej z dzisiejszego punktu widzenia skromna, to proces kompletny. Zawiera wszelkie podstawowe części występujące we wszystkich metodykach projektowania, jakie znam. Określanie – szukanie – projektowanie – weryfikacja.

Określanie to etap, w którym opierając się na otrzymanym od partnera (zleceniodawcy) zadania briefie, gromadzimy wszelkimi dostępnymi sposobami możliwą do uzyskania (w określonym czasie) wiedzę na jego temat. Przy czym nie wolno nam zapomnieć o „świętej” dla całego procesu kolejności: po co – co – jak. Nieustannie mnie zdumiewa, jak często rozmowy o zadaniu rozpoczynają się od „co mamy zrobić”, z pominięciem lub zdawkowym traktowaniem rozważań o celu i sensie tworzenia na przykład nowego przedmiotu. Jak przekonuje na wielu znanych przykładach chociażby Simon Sinek w znakomitym Zaczynaj od dlaczego6 ten błąd bywa bardzo kosztowny.

Pomocne w tej części pracy jest nasze humanistyczne, czy nawet empatyczne podejście do precyzowania problemu z wykorzystaniem wszystkich znanych nam metod („persona”, ankiety, wywiady z potencjalnymi użytkownikami). Ta wiedza jest nie do przecenienia później podczas współpracy z technologami i ekonomistami. Jest oczywiste, że konieczne jest także skompletowanie niezbędnych informacji na temat dostępnych technologii i ograniczeń ekonomicznych. Ten etap pracy, zwany ostatnio debriefem, powinien zakończyć się podsumowaniem, które nazywamy specyfikacją projektu wzorniczego. Uważam (nie tylko ja), że powinien to być formalny dokument, zaakceptowany przez wszystkich uczestników zadania. Jest on (poza umową) podstawą wszelkich dalszych działań i punktem odniesienia dla licznych przecież późniejszych zmian i uzupełnień – bywa, że nie tylko czasochłonnych, ale i kosztownych.

Szukanie. „Koncepcja to suma wcześniej zdobytej wiedzy”, powtarzam za Iwoną Palczewską z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Nie śmiem właściwie więcej „radzić” zawodowcom. Może dołożę jedynie potwierdzoną własną praktyką rekomendację dwóch metod ułatwiających generowanie możliwych rozwiązań. To analiza SWOT i burza mózgów. Dobrze zrealizowane, potrafią być zdumiewająco skuteczne.

Ale nasi partnerzy ciągle jeszcze zbyt często wyobrażają sobie, że posłuchamy, jakie „to coś” ma być, dołożą do tego rysunki niezbędnych elementów technicznych przyszłego wyrobu i bardzo szybko (bo przecież jest już prawie gotowe) ubierzemy to w piękną formę. Powyższe zdanie jest mantrą powtarzaną od wielu lat niemal we wszystkich tekstach traktujących o wzornictwie przemysłowym. Niestety, takie podejście jest ciągle jeszcze częste, zbyt wolno się zmienia. Łatwiej radzi sobie z opisaną sytuacją doświadczony zespół wykazujący się wieloma realizacjami. Ma argumenty, że warto (czytaj: opłaci się) inaczej. Trudniej młodym projektantom.

Przekonywającym sposobem przedstawiania koncepcji, skutecznie przez nas stosowanym, jest przygotowanie dobrej prezentacji zawierającej najważniejsze założenia, (koniecznie) moodboard, strukturę przyszłego wyrobu, (znowu koniecznie) produkt w otoczeniu i wreszcie jego postać. To ułatwia decydentom zrozumienie, dlaczego proponujemy taki, a nie inny kształt, wygląd, zamiast wystawiania się na ocenę „podoba mi się – nie podoba”. Tak przygotowana prezentacja koncepcji dowodzi, że warto było włożyć tyle pracy w opracowanie specyfikacji projektu. Praktyka pokazuje ponadto, że osiągamy jeszcze jeden skutek, szczególnie widoczny przy współpracy z nowym partnerem. Wyraźnie wzrasta zaufanie do naszej pracy, proponowanych rozwiązań. Nasi partnerzy zauważają, że nie pracujemy „obok” nich, nawet nie „dla nich”, ale „z nimi”. Bezcenne.

Projektowanie – akceptacja jednej z zaprezentowanych koncepcji pozwala przystąpić do najważniejszej w końcu fazy całego procesu. Tu znowu cytat – tym razem z jednej z prezentacji Andrzeja Śmiałka: „Co to znaczy, że coś jest zaprojektowane? To znaczy, że wszystkie decyzje zostały podjęte”7. Wielokrotnie (niestety) przypominałem sobie to stwierdzenie, kiedy pod koniec pracy nad jakimś problemem okazywało się, że z pozoru mniej ważną decyzję odłożyliśmy „na potem”, a właśnie ona skutkowała wyrzuceniem do kosza rezultatów czasem wielodniowej pracy. Po już prawie do końca przygotowanym projekcie pulpitu sterowniczego pociągu przystąpiliśmy do przemyślenia montażu. Wtedy okazało się, że niektórych elementów nie da się po prostu wnieść w koniecznej kolejności do już częściowo wykonanej kabiny maszynisty! Trzy dni pracy wymagało przeprojektowanie wielu części, jako że ich zwykłe podzielenie na fragmenty było niemożliwe.

W procesie nieustannej weryfikacji wszystkich istotnych założeń projektowych pomocne są listy kontrolne. Stosowana przez dizajnerów od lat jest na przykład ta zaczerpnięta z cytowanego już wydawnictwa Rozwój nowego produktu – przedstawiana zwykle w postaci okręgu, by podkreślić równie duże znaczenie wszystkich cech nowego wyrobu dla jego skuteczności8.

Nie mniej ważne jest zrozumienie istoty równowagi pomiędzy trzema cechami każdego projektu produktu przemysłowego. To atrakcyjność – wykonalność – opłacalność. Tim Brown w swojej powszechnie znanej książce Zmiana przez design9 obrazowo przedstawia konieczność zachowania tej równowagi w postaci prostego schematu, gdzie wymienione cechy otaczają centrum – projekt. Tu łatwo o przykłady. Bardzo atrakcyjnym projektem z zastosowaniem innowacyjnych technologii, ale nieopłacalnym w produkcji można wygrać konkurs, zdobyć może nagrodę na wystawie, ale nie powstanie z niego wyrób zadowalający użytkowników, których po prostu nie będzie…

Systemowy projekt sprzętu elektroinstalacyjnego Gala zrealizowany niegdyś przez nasz zespół jest dobrym przykładem zachowania opisanej powyżej równowagi. Zakłady Eltra w Bydgoszczy, dysponujące świeżo zakupioną nowoczesną linią produkcyjną, w założeniach do projektu postawiły nam bardzo wyraźne ograniczenie w postaci dokładnie określonej ceny rynkowej produktu. Wszystkie koncepty, rozwiązania, które skutkowały przekroczeniem tej granicy były po prostu konsekwentnie odrzucane. W zamian mieliśmy szanse „wycisnąć” z technologii niecodzienną wówczas jakość wykonania poszczególnych detali, co skutkowało powstaniem produktu porównywanego ze sprzętem ze znacznie wyższej półki cenowej. Niekwestionowany, wielokrotnie przerastający oczekiwania sukces rynkowy Gali potwierdza wagę utrzymywania w procesie projektowym równowagi pomiędzy atrakcyjnością, wykonalnością i opłacalnością naszych propozycji. Banalne? Uderzmy się w piersi. Czy nie zdarza się zbyt często, że „walczymy” o realizację ciekawego konceptu wbrew rachunkowi ekonomicznemu producenta albo przekraczając jego możliwości technologiczne? To nie jest jego problem. To jest nasz, wspólny problem.

Czasem myślę, że istotą naszego (wspaniałego) zawodu jest wykształcenie w sobie umiejętności „jednoczesnego” myślenia o całości i detalu. Jak projektujemy połączenie dwóch elementów, nie możemy ani przez chwilę zapomnieć o wszystkich sytuacjach, w których będzie ono potrzebne. I odwrotnie – kształtując piękną linię nowej lampy, nie pomińmy doprowadzenia energii do źródła światła… to niby truizmy, ale jakże łatwo się zgubić, zapominając o tym.

Znowu nie śmiem pozwalać sobie na więcej uwag. Wymienione uważam za najważniejsze na tym etapie procesu. Doświadczenie uczy, że niestety nie przebiega on liniowo. Przypomina raczej rysunek nakładających się na siebie kręgów symbolizujących wielokrotne powroty do niby już zamkniętych etapów pracy. Może dorzucę jeszcze prostą zasadę weryfikującą efekt pracy dizajnera przez decydentów. Z dokumentacji końcowej musi jednoznacznie wynikać odpowiedź na trzy proste pytania: Jak wygląda? Jak działa? Jak jest zrobione? Znowu banalne, ale czy na pewno wszystkie nasze dokumentacje odpowiadają na te pytania?

Weryfikacja to etap pracy, który również w ostatnich latach uległ ogromnej zmianie. „Pan plastyk” do niedawna zwyczajnie bardzo przeszkadzał w przygotowaniu dokumentacji do produkcji. Marudził, że jakieś dziwne krzywe zostały zamienione na łatwe do narysowania połączenia łuków i prostych (to moja przygoda przy projektowaniu opraw oświetleniowych), zwracał uwagę, że wygodna technologicznie zmiana powoduje utratę wartości ergonomicznych, domagał się zróżnicowania przycisków i pokręteł w panelu sterowania.

Przeszłość. Choć niestety nie zawsze, o czym było w innym miejscu. Współcześnie producent najchętniej podpisuje umowę z zespołem zapewniającym mu realizację zadania co najmniej do prototypu. Coraz częściej do serii próbnej, co obejmuje również przynajmniej kontrolę realizacji narzędzi, a nie tylko produktu. Ogromna zmiana. Przede wszystkim w zakresie odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Wszystkie muszą być zweryfikowane, sprawdzone – a to wymaga co najmniej zorganizowania, a często przeprowadzenia, bywa że trudnego, a zawsze żmudnego procesu badawczego – szczególnie w przedsięwzięciach naprawdę innowacyjnych. Jednocześnie zwykle trudno jest przekonać producenta, że ten etap jest niezbędny, choć długotrwały i kosztowny. Wielu z nich woli ryzykować wdrożenie niesprawdzonych rozwiązań, a po klęsce znaleźć winnego (często właśnie dizajnera). Jeśli jednak skutecznie przejdziemy ten etap – satysfakcja proporcjonalna do wysiłku.

Projektując kolejną szatkownicę dla firmy MaGa, napotkaliśmy na problem ergonomiczny dotyczący zasięgu dźwigni obsługującej docisk warzywa. Wydawało się także, że właściwe dociśnięcie do tarczy wymaga zbyt wiele siły. Poprosiliśmy producenta o zorganizowanie badań. Przygotowano trzy różne szatkownice dwóch konkurencyjnych firm. Po sprawdzeniu zasięgów i sił na dźwigni nasze wątpliwości się potwierdziły. Nowy projekt, dzięki przeprowadzonym badaniom, pozbawiony jest tych wad.

Zespół

Jeszcze niedawno (?), w 2006 roku, w dokumentach mojej habilitacji musiałem zamieścić głębokie uzasadnienie, z jakiego powodu nie mam w dorobku znaczących projektów zrealizowanych indywidualnie, bez zespołu. Teraz to niewyobrażalne. Dizajner zawsze pracuje w zespole interdyscyplinarnym. W umowach, które ostatnio podpisujemy z partnerami (uważam to za celniejsze określenie niż „zleceniodawca”), zamieszczona jest preambuła, która brzmi następująco: „Tworzy się zespół interdyscyplinarny, którego zadaniem jest… Zespół składa się z projektantów maradDesign… oraz firmy…”. Dalej następuje szczegółowe określenie zakresów odpowiedzialności na każdym etapie zadania. To podkreśla wagę współpracy, współodpowiedzialności za doprowadzenie razem do skutecznego wdrożenia nowego produktu. Nikogo (niemal) nie interesuje już obrazek, „jakie by to mogło być”. Producent na końcu realizacji procesu projektowego chce zobaczyć (i często go dotknąć) produkt, który będzie wytwarzał. Nie wyobrażam sobie współcześnie realizacji zadania bez ścisłej, właściwie niemal codziennej współpracy z technologami i ekonomistami partnera. Jej brak skutkuje w najlepszym wypadku znacznym opóźnieniem zakończenia projektu. Moje doświadczenia z pracy w takich zespołach – od dużego, międzynarodowego (Pendolino), do, częściej, kilkuosobowego (MaGa, Flowair i wiele innych) – potwierdzają skuteczność takiej współpracy.

Oczywiście odbiera to komfort swobodnego kreowania postaci „dzieła” bez irytujących ograniczeń technologicznych i ekonomicznych. Jednak w zamian unikamy opinii typu „To bardzo ładne, ale u nas niewykonalne” albo „Ciekawe, ale ile to będzie kosztowało?”. Istotną, być może największą wartością takiej organizacji zespołu interdyscyplinarnego jest fakt, że wszyscy jego członkowie mówią o przedsięwzięciu „nasz projekt”. Znika podział na my (producent) i wy (dizajner). Nie trzeba chyba podkreślać, jak istotne jest to dla skuteczności działania.

Przyszłość, czyli teraz

Jak pisać o przyszłości zawodu po przeczytaniu trylogii Yuvala Harariego, a w szczególności 21 lekcji na XXI wiek10, i w dodatku w czasie pandemii, której końca nie widać? Zakładając jednak, że nasz gatunek jeszcze przez jakiś czas będzie trwał, kilka ścieżek determinujących nasze działania można moim zdaniem przewidzieć.

Idee zero waste, zrównoważonego rozwoju – to oczywisty obowiązek etyczny współczesnego projektanta. Kształcimy tak studentów szkół projektowych, przypominamy, gdzie się da i jak się da, jakie to ważne – ale to wszystko obecnie dzieje się „w tle” celów „ważniejszych”, jakimi są zysk, PKB, a nawet zwiększanie produkcji przez skracanie trwałości produktów. Czyżby rację miał Victor Papanek w swoim prowokacyjnym stwierdzeniu, że jesteśmy (my, dizajnerzy) po prostu szkodnikami?11 Nie sądzę. Są przesłanki do przyjęcia założenia, iż w najbliższych latach nie będzie po prostu wolno projektować, nie licząc zużycia zasobów nieodnawialnych, energii czy poziomu emisji dwutlenku węgla. Już teraz dla wielu produktów liczy się całkowitą emisję CO2 podczas ich wytwarzania i użytkowania. Już teraz rozważa się projekty dyrektyw zobowiązujących producentów do przyjęcia z powrotem każdego zużytego ich wytworu. Już teraz współpracuję z firmą, która myśląc o przyszłości, uznała takie działania za priorytet w realizowanym przez nas projekcie.

Kolejną ważną, zauważalną zmianą jest połączenie usługi i produktu. Coraz częściej daje się zauważyć wręcz niechęć do posiadania rzeczy. Konsumenta interesuje jedynie osiągnięcie skutku jej działania. Woli wyjść z domu, wsiąść na rower czy inny pojazd oczekujący na parkingu, dojechać tam, gdzie potrzebuje, zapłacić, i już. Pojazd nie jest jego, ale firmy, która zorganizowała całą usługę i przygotowała komplet produktów niezbędnych do jej realizacji – a więc nie tylko odpowiedni pojazd, ale i aplikację, powiązanie z systemem płatności, serwis gwarantujący sprawne działanie wszystkiego. Słowo „odpowiedni” jest tu istotne. Wiele elementów tak pomyślanej struktury, jak można łatwo zauważyć, jest (niekiedy z trudem) jedynie adoptowanych do realizacji celu. „Odpowiednie” dla tej względnie nowej sytuacji trzeba po prostu zaprojektować. Jedna z firm, z którą współpracujemy, już dziś postawiła sobie za cel zapewnienie odpowiedniej jakości powietrza w konkretnym pomieszczeniu, lokalu, biurze. Taką umowę chce podpisywać z jego użytkownikiem – sama dbając o zamontowanie właściwych urządzeń, o ich skuteczne działanie w każdych warunkach. A jeszcze przed chwilą byli „tylko” producentami urządzeń wentylacyjnych, grzewczych, chłodzących…

„Nie produkt, lecz człowiek jest celem”, zauważył równo 100 lat temu László Moholy-Nagy, wykładowca Bauhausu. Ta myśl prowadzi mnie przez całe życie zawodowe. Twórzmy wartości dodane, rzeczy piękne i mądre. Inaczej zaśmiecamy świat…