dostosuj witrynę:


AGI Open

Alliance Graphique Internationale  to powołany na początku lat 50. XX w. elitarny klub grafików projektowych z całego świata. Siedzibę ma w Szwajcarii, ale nazwę z francuskiego. Oba te fakty sprawiają, że AGI to elegancka bombonierka z najlepszymi graficznymi czekoladkami. Należeli do niej Adrian Frutiger, Henryk Tomaszewski, Herman Zapf, Maciej Urbaniec i wiele innych graficznych gwiazd. Ciągle należą do niej największe sławy światowej grafiki projektowej z Paulą Scher, Stefanem Sagmeisterem i Petrem Bil’akiem na czele. Polaków jest jakby mniej. W zasadzie naliczyłem tylko jednego przedstawiciela z Polski – Sebastiana Kubicę.

To właśnie z nim pojechałem na festiwal AGI Open  do Rotterdamu. Nie był to mój pierwszy raz na AGI Open – corocznym spotkaniu członków i sympatyków „bombonierki” i festiwalu projektowania graficznego.

W 2017 roku byłem w Paryżu i choć nie żałuję tego wyjazdu (wyjazdów do Paryża się nie żałuje), to większe wrażenie od AGI Open zrobił na mnie Louwres, a także osoba i pracownia Michela Bouveta (notabene członka AGI).

Do Rotterdamu jechałem spokojny, bo wiedziałem, że w razie czego Holandia oferuje inne rozkosze, np. wspaniałe muzea i wygodne pociągi.

Rotterdam, co od razu da się zauważyć, różni się od Paryża. Tak samo festiwal AGI Open w Rotterdamie był inny. Nie miał tej nieco irytującej, sztywno-dusznej atmosfery co AGI Open w Paryżu, które odbywało się w teatrze Odeon. Prelekcje i spotkania miały miejsce m.in. w Walhalla Theatre oraz w jednej z sal ogromnego magazynu Fenix Food Factory będącego rodzajem targowiska pełnego stoisk z serami, pizzą, wegańskimi przysmakami i kafejekami. Był też tam mały rzemieślniczy browar oferujący 30 gatunków piwa. Kiedy zobaczyłem to wszystko, stało się dla mnie jasne, że AGI Open w Rotterdamie będzie bardzo ciekawe. Mój apetyt na dizajn bardzo się zaostrzył. Co prawda, niemal od razu pojawił się kłopot ze zlokalizowaniem poszczególnych pomieszczeń prelekcyjnych, a dołączona do zestawu festiwalowego mapka nie ułatwiała nawigacji. Wolontariusze z obsługi też mieli kłopoty ze znalezieniem niektórych sal. I właściwie można byłoby zbyć ten incydent uśmiechem, gdyby nie fakt, że to wszystko pod szyldem Alliance Graphique Internationale! Czyli że szewc chodzi bez butów i nie może nigdzie trafić.

Pierwszą prelekcją, jaką wybrałem, było wystąpienie Ariane Spanier, projektantki współtworzącej „Fukt Magazine”, poświęcony współczesnemu rysunkowi.

Zanim Ariane Spanier zaczęła, wszyscy uczciliśmy chwilą ciszy zmarłego kilka dni wcześniej Wima Crouwela, wieloletniego członka AGI, projektanta, którego powinni znać wszyscy.

FUKT  może zainteresować nie tylko rysowników i pasjonatów współczesnego rysunku, ale także ludzi zajmujących się kulturą wizualną. Ariane Spanier opowiedziała prostą historię powstawania magazynu o sztuce. Podkreśliła rolę, jaką przy tym odegrały norweskie subwencje grantowe. „Niech żyje norweska ropa” – wołała. Przyjęła bardzo osobistą perspektywę, zmiksowała z wdziękiem rzeczywistość edytorsko-projektową i osobiste perypetie (w trakcie prac nad kolejnym wydaniem FUKT-u powiła bliźnięta, co ja – ojciec bliźniąt – traktuję jako przyczynek do beatyfikacji albo chociaż Legii Honorowej).

Prezentacja nie ograniczała się do slajdów z podpisami, zaprezentowano krótkie filmiki wyjaśniające koncepcje poszczególnych wydań. Moją uwagę zwrócił pomysł współpracy z berlińskimi więźniarkami przy projekcie okładki. Głównym elementem tych okładek były łańcuszki układające się w napis FUKT.

Ariane Spanier nie koncentrowała się na szczegółach layoutu magazynu, zarysowała natomiast ogólną koncepcję – każda okładka inna, każde wnętrze spójne z tematem przewodnim. Innymi słowy – magazyn o trzytysięcznym nakładzie, stający się publikacją unikatową, powtarzalną niepowtarzalnością. Od razu nasuwa się analogia ze słynnym magazynem „Emigre”. I bardzo dobrze. W obu przypadkach mamy do czynienia z publikacją niezwykłą.

Konkluzja jest prosta – warto obejrzeć i przeczytać FUKT, bo w Berlinie wiedzą co robić!

Na koniec dnia festiwalowego zostawiłem sobie Paulę Scher. Nie trzeba jej przedstawiać czytelnikom. Warto jednak wyraźnie zaznaczyć, że ta pełna wigoru 70-latka o wyglądzie krzepkiej 45-latki opowiada wprawdzie głównie o swojej pracy, ale robi to ze swadą, nie powtarza mechanicznie tego, co mówiła w filmie zrobionym dla Netflixa, stara się tak dobrać przykłady swoich realizacji, by przekazać dizajnerskie przesłanie młodym ludziom: nie bójcie się zmieniać swoich nawyków projektowych, szukajcie mentorów, ceńcie zlecenia pro bono, miejcie świadomość obywatelskiego wymiaru dizajnu, trzymajcie z mądrymi ludźmi.

Po wystąpieniu można było zadawać pytania – Paula Scher odpowiadała z życzliwością i luzem. Bez zgrywania gwiazdy, choć przecież nią jest. Co więcej – jej występ cieszył się tak wielkim powodzeniem, że wręcz obawiałem się, iż nie wejdę na salę (ja i kilkanaście innych osób czekaliśmy pod wypełnionym już pomieszczeniem. Paula Scher poprosiła organizatorów, żeby weszli wszyscy: „Przyjechali tu specjalnie, zapłacili za bilety, to nie będzie OK jeśli nie wejdą”.

Wracając do hotelu myślałem: cholera, być jak Paula Scher!

Muszę podkreślić, że dużą grupę słuchaczy stanowili studenci i to głównie dla nich i z myślą o nich warto organizować takie spotkania. W kuluarowej rozmowie Uwe Loesch (wybitny niemiecki plakacista starszego pokolenia) stwierdził, że najważniejszym wymiarem AGI Open są spotkania i rozmowy o dizajnie.

Podobno kiedyś ks. Tischner miał powiedzieć: „Nie szukaj prawdy, tylko kolegów”.

Korekta: Weronika Sikora, Krzysztof Gębarowski

czytaj także: