W krainie liliputów

„Dzieci winny korzystać z urządzeń zgodnie z przeznaczeniem” – to jeden z punktów regulaminu placu zabaw, na którym spędzam czas z moją córką.

Na pierwszy rzut oka brzmi logicznie – zjeżdżalnia służy do zjeżdżania, huśtawka do huśtania, piaskownica do przesypywania piasku. Tak przynajmniej jest w świecie dorosłych. Dla dzieci zabawki mogą być statkiem kosmicznym, okrętem piratów, bazą superbohaterów. Kto będąc dzieckiem nie wspinał się po zjeżdżalni pod prąd, nie przeskakiwał przez ogrodzenia i nie wchodził wszędzie, gdzie „się nie powinno”?

Przeciwnie do logiki, którą kierują się dorośli, przeznaczeniem urządzeń na placu zabaw jest przygoda i nieskrępowana zabawa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że z biegiem czasu u dorosłych wyobraźnia się kurczy i trudno jest ponownie odnaleźć w sobie dziecko – jednym słowem zrozumieć kim są osoby, które z urządzeń na placu zabaw korzystają, jakie mają potrzeby i jak postrzegają swoje otoczenie.

Mam nieodparte wrażenie, że regulaminy nie są pisane, żeby ktoś je przeczytał lub by zapewnić bezpieczeństwo, ale żeby w razie wypadku wyciągnąć odpowiedni punkt, mówiąc – nie byłeś posłuszny.

Za jedną rzeką

Walencja to miasto naznaczone śladem rzeki. W 1973 r. zmieniono jej bieg, by zapobiec rozlewiskom ogarniającym zakłady przemysłowe i domy. W ten sposób powstał jeden z najciekawszych terenów rekreacyjnych w Europie, będący jednocześnie kręgosłupem komunikacyjnym dla pieszych i rowerzystów.

Ten ponad dziewięciokilometrowy park jest wypełniony rozbudzającymi fantazję miejscami. W drodze do efektownego kompleksu budynków przypominających gigantyczne owady – lub jeśli ktoś woli – skorupiaki, zaprojektowanych przez Santiago Calatravę, napotykamy najpierw ogromną głowę człowieka, by za chwilę zobaczyć całą postać Guliwera. Dzieci wspinają się tu po linach, które spętanego bohatera utrzymują przy ziemi. Biegają po jego nogach i rękach, zjeżdżają z jego włosów i pleców. To jeden z tych placów zabaw, które inspirują. Zachęcają dzieci i rodziców do przeżywania przygody. Daleko mu do znanych nam osiedlowych placów zabaw.

Ciudad de las Artes y las Ciencias, Walencja, fot. Kamil Kowalski

Park Guliwera, Walencja, fot. Kamil Kowalski

Park Guliwera, Walencja, fot. Kamil Kowalski

Park Guliwera, Walencja, fot. Kamil Kowalski

Niedawno miałem okazję odwiedzić plac zabaw w parku Friedrichshain w Berlinie. Najbardziej zaskoczył mnie brak jakiegokolwiek regulaminu. Przy wejściu umieszczono tylko kilka piktogramów, które informowały m.in. o zakazie wstępu z psami i braku możliwości rozpalania ognisk. Nie było ograniczeń wiekowych, a urządzenia były skonstruowane w taki sposób, żeby dzieci bez wsparcia rodziców nie mogły wejść w miejsca, które przekraczają ich możliwości motoryczne. Cały plac otoczony był lasem z licznymi ścieżkami, które dla dzieci stawały się rozwinięciem przygody, w której akurat zostały bohaterami. Architektura krajobrazu, rozmyślnie usadzone gatunki drzew i krzewów ograniczały przestrzeń i sprawiały, że dzieci nie ginęły rodzicom z oczu.

W porównaniu do naszych zachodnich sąsiadów i tamtejszych parków, trudno oprzeć się wrażeniu, że w Polsce problem leży w czymś zgoła innym. Kiepskiej jakości prawo krępuje wyobraźnię projektantów i inwestorów, a strach przed odpowiedzialnością skłania do ograniczania dobrej zabawy. Zamiast litanii zakazów w regulaminie, komunikaty mogą brzmieć inaczej: „Baw się dobrze. Wykorzystaj swoją wyobraźnię. Zadbaj o swoje bezpieczeństwo. Pomóż młodszym. Rozpalanie ogniska nie jest w tym miejscu najlepszym pomysłem”. Zamiast tekstu można też przedstawić te czynności za pomocą obrazków.

Biegać, skakać…

Plac zabaw służy do biegania i wspinania się. Dzieci na nim głośno wykrzykują, przepychają się, a ten, kto jest silniejszy, pierwszy zajmuje najfajniejsze zabawki. Tak najczęściej wygląda nasze wyobrażenie o placu zabaw. Bezpieczeństwo najmłodszym mają zapewniać strefy dla różnych grup wiekowych. W trosce o rozwój umysłowy natomiast instalowane są gry typu kółko i krzyżyk, statki. W dużym uogólnieniu tak konstruowane są place zabaw w Polsce. Sztywna logika, żelazna przestrzeń, srogie reguły.

A jeśli można inaczej? Plac zabaw stworzony na tzw. Poniatówce, plaży zorganizowanej nad Wisłą, pod Mostem Poniatowskiego w Warszawie, uważam za jedną z ciekawszych przestrzeni tego typu. Zbudowano tu akwedukt, którego nie da się obsłużyć w pojedynkę, a niektóre zadania, np. pompowanie wody są w stanie wykonać tylko silniejsze dzieci. Ten pomysł sprawia, że najmłodsi zamiast rywalizować, współpracują. Starsi pomagają młodszym. Dzieci uczą się budować relacje społeczne, a wiek ma drugorzędne znaczenie.

Kluczem było tu zrozumienie, jak działają użytkownicy – w tym przypadku dzieci. Dwulatki bawią się obok siebie, ale nie ze sobą. Budowanie relacji i wspólna zabawa staje się przymiotem wieku przedszkolnego. Dzieci chcą podejmować wyzwania i przekraczać swoje granice. W ten sposób się rozwijają, a zapis w regulaminie nie sprawi, że dziecko momentalnie się do niego zastosuje. Lepszą bronią jest antropometria. Zbyt wymagające miejsca możemy po prostu zaprojektować tak, żeby dopiero w odpowiednim wieku dziecko było w stanie samodzielnie się do nich dostać.

Aktywność fizyczna jest ważną częścią rozwoju dziecka, ale odpowiednia stymulacja sprawia, że możliwe będą również inne działania. Przestrzeń, odpowiedni dobór lub projekt urządzeń ułatwia dzieciom podejmowanie współpracy lub zachęca rodziców do wspólnej zabawy.

Wszystkie dzieci nasze są

Z pozoru wydaje się, że plac zabaw musi wykluczać dzieci z niepełnosprawnościami. Często wyobrażamy sobie, że zaprojektowanie placu zabaw dla dzieci z niepełnosprawnościami wymaga zbudowania podniesionej na stole piaskownicy, wstawienia specjalnych zabawek, na które można wjechać na wózku i ten wózek odpowiednio zabezpieczyć. Okazuje się jednak, że takie działania sprawiają, że dzieci z niepełnosprawnością bawią się w samotności.

Jakiś czas temu miałem okazję uczestniczyć w badaniach na temat placów zabaw. Do rozmowy zaproszono dzieci z niepełnosprawnościami i ich rodziców. Okazało się, że na placu zazwyczaj schodzą one z wózka lub są z niego zdejmowane. Bawią się ze sprawnymi dziećmi, czołgają się lub przemieszają w inny sposób. Jeśli trzeba, są wkładane do huśtawek typu orle gniazdo. Podejmują aktywności, które odpowiadają ich możliwościom. Czasem robią pewne rzeczy wolniej, ale robią wszystko, żeby nadążyć za rówieśnikami, być częścią grupy, a podejmując nowe wyzwania rozwijają się.

Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego…

Dorastając zatracamy dziecięcą swobodę i zbytnia powaga przeszkadza nam niekiedy w fantazyjnym, co nie oznacza bezwolnym, projektowaniu dla dzieci. Wydaje się to oczywiste, ale zazwyczaj zapominamy, że próbując stworzyć miejsce dla dziecka, musimy najpierw zrozumieć dziecko.

Na koniec chciałbym zaprosić was do naszej bajki. Fundacja Integracja razem z PFR Nieruchomości ogłosiła konkurs na integracyjny plac zabaw „Integra”. Jest to miejsce, w którym czas mogą spędzać wspólnie dzieci, rodzicie i dziadkowie, pełnosprawni i niepełnosprawni. Miejsce, w którym nie jest ważna tylko sprawność fizyczna, a w którym istotne są dźwięk, zapach i dotyk. Pragniemy by była to przestrzeń stawiająca wyzwania, ustępująca pola wyobraźni i przygodzie.

Więcej informacji znajdziecie na naszych stronach internetowych:
integracja.org/…/konkurs-architektoniczny 
nieruchomosci.pfr.pl/inte-GRA 

Jesteśmy bardzo ciekawi, jak ta przygoda wygląda w waszej wyobraźni.

czytaj także: