Rozmowa Agnieszki Jacobson-Cieleckiej z Marią Jeglińską

Wystawa In Circulation czynna w dniach 21.03–9.06.2019 w György Ráth Villa, Budapeszt, Városligeti fasor 12, 1068 Węgry

Kuratorki: Judit Horvath (HU), Agnieszka Jacobson-Cielecka (PL)
Wsparcie organizacyjne i finansowe: Instytut Adama Mickiewicza 

Maria Jeglińska , zaproszona przez Muzeum Sztuk Dekoracyjnych i Dizajnu w Budapeszcie  do projektu In Circulation, jako inspirację wybrała fotel Sandora Miko z 1969 roku. Fotel jest niepozorny, przyciężki, niezbyt starannie wykonany. Zapewne umknąłby naszej uwadze wystawiony w muzealnej sali, wśród innych mebli z tego samego czasu. Dlaczego Maria wybrała właśnie ten fotel? I którędy doszła do kolorowych mobilnych Portable Walls, które są odpowiedzią na zadanie projektowe postawione przed nią przez Muzeum. Rozmawiamy o tym lecz nie tylko. Także o relacjach między przedmiotami i wymiarami, o wyższości rzeczy, które się dają zaadaptować do bieżących potrzeb nad rzeczami wielofunkcyjnymi, a także o tym czy projektowanie w ogóle ma sens.

Maria Jeglińska, Portable Walls, fot. Robert Świerczyński

Maria Jeglińska, Portable Walls A, fot. Robert Świerczyński

Maria Jeglińska, Portable Walls C, fot. Robert Świerczyński

Maria Jeglińska, Portable Walls, detal, fot. Robert Świerczyński

Maria Jeglińska, Portable Walls B, fot. Robert Świerczyński

Maria Jeglińska, Portable Walls T, fot. Robert Świerczyński

Z Marią Jeglińską rozmawia Agnieszka Jacobson-Cielecka

Agnieszka Jacobson-Cielecka: Czy lubisz muzea dizajnu?

Maria Jeglińska: Oczywiście, że lubię, są potrzebne. Edukują, popularyzują, ale raczej archiwizują niż syntetyzują zjawiska. Wiele muzeów sztuk dekoracyjnych/stosowanych od niedawna ma też dopisek „i dizajnu” w nazwie. Choć dizajn liczy sobie tyle samo lat co rewolucja przemysłowa dopiero teraz porządkujemy sobie pojęcia, pytamy co jest sztuką, co sztuką stosowaną, a co dizajnem. I już wiemy, że ta granica nie jest ostra.

Nie szukam inspiracji w muzeach dizajnu. Jeżeli o to pytasz, to ja raczej tropię rzeczy, których nie znam. Szukam wystaw tematycznych albo problemowych, monograficznych, które pokazują coś wąsko, ale bardzo głęboko lub przeciwnie bardzo przekrojowo. Jeśli się taka wystawa zdarzy widać potem przez jakiś czas, że odcisnęła piętno na całym pokoleniu projektantów. Poza tym, a może przede wszystkim, obserwuję otaczający mnie świat, sztukę, architekturę, rzemiosło. I czytam książki, które kompulsywnie kupuję, bo są najcenniejszym materiałem do pracy.

Myślę, że my projektanci, działamy jak filtry, które wyłapują to co się dzieje w społeczeństwie i na świecie. Reagujemy na zjawiska, spekulujemy na temat przyszłości. Projektując zadajemy pytania. Wracając do muzeów, ciekawy jest przykład Rapid Response Collecting  londyńskiego V&A, które nie jest muzeum dizajnu. Kolekcja składa się z przedmiotów, które są ważne z powodów poza projektowych. Takich jak na przykład jeansy z fabryki z Bangladeszu, która się zawaliła grzebiąc dziesiątki ludzi pracujących w bardzo złych warunkach. Albo drukowany w technologii 3D pistolet, który strzela, i który jest niewykrywalny przy pomocy standardowych procedur bezpieczeństwa. Te rzeczy nie są ani ładne, ani efektowne, ani „dizajnerskie”. Mówią nam o etyczności projektowania, o odpowiedzialności projektanta, przemysłu, obywatela. Muzea przechowują pamięć.

Jak te wszystkie inspiracje przetwarzasz na projekty?

To jest dość nieuchwytne. Kiedy szukam jakiegoś rozwiązania tworzę takie chmury pojęć, zgromadzonych w stosach książek na biurku, plikach szkiców i notatek, inspiracji wizualnych, czasem bardzo dalekich skojarzeń. Mam notatniki, w których rysuję, na początku bardzo abstrakcyjnie, bez celu. Potem coś się z tego powoli wyłania.

bibliotece St. Gallen  w Szwajcarii jest bardzo zaawansowany elektroniczny system wyszukiwania książek, który zapamiętuje i przechowuje wybory poszczególnych osób. Czyli archiwizuje te chmury, bezdroża, którymi błądzą różne umysły, żeby znaleźć jedno rozwiązanie. Bardzo bym lubiła zanurzyć się w cudzych chmurach, zobaczyć jak innymi drogami dochodzimy do podobnych konkluzji.

Jak Ci się podoba Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Budapeszcie?

To wspaniałe muzeum z ogromną kolekcją. Choć dla mnie budynek i kolekcja nie są jednością, ze względu na to, że Muzeum jest w remoncie. Kiedy zwiedzałam budynek w salach nie było obiektów. Kolekcję zaś poznawałam na podstawie archiwum w internecie i katalogów, a potem wybrane przedmioty oglądałam w magazynach, przygotowane specjalnie dla mnie. To właściwie bardzo uprzywilejowana sytuacja. Kiedy Muzeum zostanie otwarte po remoncie odkryję to wszystko jeszcze raz.

Z wszystkiego co tam zobaczyłam chyba największe wrażenie zrobiły na mnie archiwalne fotografie, na których widzimy wiele przedmiotów naraz. Takie pejzaże z wazonów czy ceramiki. Relacje między nimi, kolory, formy, konteksty, to było bardzo inspirujące.

No właśnie, jak wybierałaś obiekt, na którym miałaś oprzeć swój projekt?

Na wstępie miałam kilka ograniczeń, wynikających z założeń In circulation, z wystawy poprzedzającej moją, do której projektanci wybrali porcelanę i tej, która nastąpi po niej, do której autorka też sięgnęła po naczynia. Kolejne ograniczenia wyniknęły z tego, że z powodu remontu nie cała kolekcja jest łatwo dostępna. Wreszcie moje własne założenie, że chcę, by przedmiot, wokół którego będę pracować był zrobiony przez Węgra. Znając wszystkie ograniczenia zrobiłam listę przedmiotów, które w jakiś sposób mnie zaintrygowały i wysłałam do Muzeum. Po weryfikacji, duża część z nich odpadła, bo albo nie były dostępne w tym terminie, albo ze względów konserwatorskich nie nadawały się do pokazywania w warunkach jakie oferuje tymczasowa siedziba Muzeum. W ten sposób moja lista stawała się coraz krótsza. To zresztą jest całkiem naturalne w procesie projektowym, wiele decyzji podejmuje się przez redukcję: to nie jest możliwe technologicznie, ten materiał nie jest dostępny, a tamto finalnie kosztowało by zbyt wiele. Czy projektujemy dla Muzeum do kolekcji, czy dla fabryki do seryjnej produkcji to wygląda podobnie. Ograniczenia są dobrą ramą dla projektu, karmią kreatywność.

Dlaczego ostatecznie wybrałaś fotel Sandora Miko?

Muszę cię zaprosić do mojej chmury pojęć. Najpierw zaintrygowała mnie relacja między 2D i 3D. Ten fotel jest bryłą zbudowaną z płaskich, dwuwymiarowych elementów. Bardzo często projektując przedmiot trójwymiarowy zaczynam od rysowania. Takie projektowanie przez odejmowanie, które wyniosłam ze studiów we Francji. Rysuję, upraszczam potem szukam uprzestrzennienia, trzeciego wymiaru. Rysunki stają się niezależne od przedmiotu, ale są drogą formalnych poszukiwań. Fotel Sandora Miko jest szalenie lapidarny w formie, jest takim znakiem, piktogramem fotela. W efekcie zaczęłam krążyć w ogóle wokół pojęcia krzesła, siedziska. Rozważałam też kontekst geopolityczny. Ten fotel to rzemieślnicza produkcja, seria mebli wykonanych do konkretnej przestrzeni, w limitowanej liczbie egzemplarzy. Tu nie ma żadnej technologii, fotel jest właściwie dość prymitywnie wykonany, w jakiś taki wzruszający sposób. Kiedy patrzymy na zdjęcia kawiarni Eszpresszo1 nie widzimy, że to jest wnętrze zza żelaznej kurtyny. Wpisuje się w to, co w tym czasie robili projektanci po drugiej stronie, ale z bliska ta chałupniczość jest wyraźna. Poza tym ten fotel to właściwie mała architektura. Nie jest rysunkiem w przestrzeni tylko bryłą. Jest ekspozytorem, a zarazem obudową dla ciała człowieka, który na nim siedzi.

Sandor Miko, fotel, fot. Muzeum Sztuk Dekoracyjnych i Dizajnu w Budapeszcie

Jak z takiej chmury wyłania się finalny projekt?

Te pomysły krążyły wokół mnie już wcześniej. Więc chmura, która powstała w związku z Sandorem Miko dołączyła do innej, starszej chmury, w której były: relacja między meblem i budynkiem, przedmiot do pokazywania innego przedmiotu, wspomniane wcześniej pejzaże przedmiotów i tajemne napięcia między nimi.

W 2008 roku na trzecią edycję Design Parade, HyeresVilla Noailles  we Francji przygotowałam serię mebli Space Object, o których myślałam jak o architekturze na kółkach. Chodziło mi o to, by uniezależnić meble od przestrzeni i od funkcji. Dawniej przestrzeń była definiowana przez funkcję, do której była przeznaczona, teraz wszystko jest znacznie bardziej umowne. Przestrzeń daje się adaptować na różne sposoby. Między innymi przez meble, które stały się adaptowalne. Ale, uwaga, nie wierzę w wielofunkcyjne meble, to nie to samo. Wielofunkcyjność często jest ograniczeniem, bo coś co jest do wielu rzeczy, do niczego nie nadaje się bardzo dobrze. Przedmioty adaptowalne nabierają znaczenia w zestawieniu z innymi przedmiotami i z użytkownikiem. Dzięki temu możemy definiować przestrzeń dowolnie w zależności od potrzeby, nie zmieniając jej wyposażenia.

Teraz pracowałam wokół tematu ścianki, podziału przestrzeni, ale w skali przedmiotu. Dokładnie tak działały fotele Miko, wydzielały przestrzeń osobistą siedzącego, a także grupy osób siedzących razem. Równocześnie interesował mnie kontekst samej wystawy. Jak pokazać obiekty? Zajmując się projektowaniem często myślimy o przedmiotach w wyabstrahowany sposób, tymczasem one nie istnieją w próżni. Myślałam więc o przedmiotach, a równocześnie o tłach dla nich, o tym jak stworzyć, wydzielić dla nich przestrzeń, w której będą działały tak jak to sobie zaplanowałam.

Co zaprojektowałaś na wystawę In Circulation?

Trudno powiedzieć co to jest, to przedmioty adaptowalne. Jeżeli ktoś chce, może uznać moje obiekty za stoliki, czy konsole. Ja nazwałam je Portable Walls. Studies on walls that support us when travelling in space. To przedmioty, które pozwalają tworzyć kontekst dla innych przedmiotów i dla nas samych. To kontekst definiuje wartość i znaczenie obiektów wzorniczych, które odwrotnie niż sztuka są właśnie po to tworzone by funkcjonować z innymi obiektami, w przestrzeniach, towarzyszyć codzienności. Jako projektantka mam ograniczony wpływ na to co się stanie z moimi projektami, kiedy już pójdą w świat. Nie wiem gdzie się znajdą, kto i jak ich będzie używał.

Na moich Portable Walls można postawić różne rzeczy, ale one same też są przedmiotami. Można nimi podzielić przestrzeń lub zabrać ich nadaną funkcjonalność, czyli mebel z tym co zawiera do innej przestrzeni. Ruch jest wpisany w ich formę.

Chyba znalazłyśmy niezłą definicję na szeroko dyskutowaną różnicę między sztuką a dizajnem.

Jedną z wielu. Można sobie postawić pytanie, po co nam w ogóle wyposażona w przedmioty przestrzeń, skoro całe nasze życie mieści się w smartfonach i telefonach komórkowych.

Czy warto jeszcze projektować? Mamy za dużo rzeczy i zarazem coraz mniej ich potrzebujemy. Wiemy, że powinniśmy je użytkować tak, by trwały jak najdłużej.

Jasne, że warto, trzeba! Wszystko się zmienia. Kontekst, styl życia. Inaczej siedzimy i inaczej się ruszamy. Wymyślamy nowe technologie. Pojawiają się nowe potrzeby, których nie było 50 lat temu. Jeden z najgorętszych teraz tematów to śmieci. Dawniej rzeczy z odpadów to była albo oznaka ubóstwa, albo artefakty-manifesty, dość nieatrakcyjne przy bliższym przyjrzeniu się. Teraz to poważna gałąź przemysłu i konieczność ekologiczna. Coś musimy zrobić z tym wszystkim, co wyprodukowaliśmy wcześniej. Współcześnie produkowane przedmioty z przetworzonych śmieci są atrakcyjne. Zawsze będą jakieś tematy do rozwiązania.

Przypisy

  1.  Kawiarnia w Budapeszcie, zaprojektowana przez Sandora Miko w 1969 roku

Zobacz i przeczytaj również artykuł o wystawie In Circulation.

czytaj także: