Granice wzajemnego zrozumienia

Niedawno brałem udział w konferencji z cyklu Polsko-Saksońskie Dni Innowacji, zorganizowanej na Politechnice Wrocławskiej. Zaproponowałem następujący temat wystąpienia: Współpraca inżynier – projektant, granice wzajemnego zrozumienia.

W Polsce zdecydowana większość projektantów kształci się na Akademiach Sztuk Pięknych. Już sam ten fakt powoduje, że inżynier i projektant posługują się różnymi kodami. Z doświadczenia wiem, że nie zawsze inżynierowie wiedzą, jakim językiem mogą z nami rozmawiać.

Pewien konstruktor pokazywał mi kiedyś, za pomocą rąk, jak duże silniki będą montowane w typoszeregu urządzeń, które mamy projektować. Odnosząc się do gestykulacji, podsumowałem, że będą to silniki od kilku do kilkudziesięciu kilowatów. „To ja mogę do pana mówić w kilowatach?” – zdziwił się inżynier.

No właśnie, ale czy aby na pewno każdy absolwent wzornictwa w Polsce wie, co to są kilowaty? Inżynierowie i projektanci używają na co dzień zupełnie innych terminów. Projektant w kontakcie z inżynierem konstruktorem czy technologiem styka się z takimi problemami i określeniami jak: wytrzymałość, sztywność, drgania, szczelność czy kąt rozformowania i podział formy.

Inżynier od projektanta usłyszy o proporcjach, relacji form, kolorze, rytmie, wizualnej lekkości, dynamice czy kluczowych kierunkach. Wbrew pozorom pojęcia te często dotyczą dokładnie tych samych problemów. Nie są też one aż tak subiektywne, jak to się wielu inżynierom wydaje.

Czy przeciętny Włoch zapytany, co to takiego jest „dizajn” jest w stanie udzielić kompetentnej odpowiedzi? Takie pytanie zadałem 10 lat temu Giuliano Molineriemu, podczas spotkania ze studentami i pedagogami wrocławskiej ASP. Wieloletni szef firmy Italdesign  ku zaskoczeniu słuchaczy odpowiedział na to pytanie przecząco. Stwierdził, że owszem są takie dziedziny, które większości Włochów kojarzą się z dizajnem, na przykład moda, ale to przecież tylko niewielki fragment tego obszaru. Jako pozytywny przykład podał Wielką Brytanię, ponieważ tam edukacja w tym zakresie jest skutecznie prowadzona od bardzo wielu lat. W pierwszym momencie napełniło mnie to optymizmem, mamy tak samo jak Włosi! Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że mamy jednak zupełnie inaczej. Pisał na ten temat Walter Gropius, w odniesieniu do przedwojennych Niemiec. Człowiek obcujący z otoczeniem, które jest harmonijne, dobrze zaprojektowane, pozbawione bylejakości, zupełnie inaczej postrzega rzeczywistość. Pewne rzeczy takiemu człowiekowi się nie zwizualizują. Można powiedzieć, że ma „wbudowane” zabezpieczenia. Na wspomnianej powyżej konferencji zestawiłem dwa zdjęcia, nieco zaniedbanej ulicy Rzymu, z pozornie uładzoną i porządną ulicą Radomia. Wśród słuchaczy można było dostrzec objawy zarówno rozbawienia, jak i zażenowania.

Podczas obrad uczestnicy spotkania, głównie inżynierowie, przedstawiali różne zagadnienia, głównie ze swojego, inżynierskiego, wspólnego punktu widzenia. Rozumieli się doskonale. Na moje wystąpienie reakcje jednak były bardzo różne. W kuluarowych rozmowach Niemcy zastanawiali się, dlaczego mówię o rzeczach w sumie oczywistych, natomiast Polacy zadawali pytania z cyklu: „No dobrze, ale po co zajmować się dizajnem jakiejś maszyny, której nikt na ulicy nie ogląda?”.

Okazało się, że niemieccy inżynierowie, w przeciwieństwie do naszych, dużo lepiej wiedzieli, co to takiego jest dizajn.

„Design thinking” – ten termin (i metoda) przed kilkunastoma laty stał się bardzo popularny. Zaaferowani znajomi inżynierowie z Politechniki zaczęli nam o niej opowiadać. Wprawiło mnie to przyznam w pewną konsternację. Jak to? Przecież w zasadzie tak, albo bardzo podobnie – w zależności od sytuacji, my projektanci wzornictwa z reguły staramy się postępować. Czy to jest jakaś nowość?

Jak można oczekiwać innowacyjnego podejścia od kogoś, kto jest nauczony rozwiązywać określone problemy w z góry określony sposób? Oczywiście jest całe mnóstwo świetnych polskich innowacyjnych inżynierów. Ale weźmy pod uwagę, jaka jest skala kształcenia w tym zakresie w porównaniu z kształceniem dizajnerów.

Zdarza mi się uczyć projektowania młodych ludzi, którzy mają za sobą dłuższe lub krótsze studia politechniczne. Znają oni na pamięć różne ważne twierdzenia i zależności, na przykład wykres żelazo – węgiel. Nie potrafią jednak dostrzec maszyn prostych w otaczającym świecie i projektowanych przez siebie przedmiotach.

Zdarzało mi się także prowadzić zajęcia z grupami studentów studiującymi na politechnice. Wcale nie są oni mniej kreatywni od studentów dizajnu. Prawdopodobnie niewiele się od nich na co dzień wymaga tego rodzaju myślenia.

Znajomy inżynier, Polak, kierował sporą niemiecką firmą inżynieryjną, która z kolei była jednym z głównych współpracowników dużego koncernu motoryzacyjnego. Zatrudniał u siebie dziesiątki naszych rodaków, głównie inżynierów konstruktorów. Wyjątkiem była sekcja badań. Tam nie było żadnego Polaka. Okazało się, że bardzo niewielu absolwentów naszych politechnik nadaje się do pracy w tym dziale, gdzie większość problemów rozwiązuje się poza utartymi ścieżkami działań.

W 1832 roku Michael Faraday otrzymał w Oxfordzie tytuł doktora. Pracował na uczelni, ale był samoukiem. Bardzo się bronił przed przygotowywaniem doktoratu, brakowało mu wykształcenia uniwersyteckiego. Podobno wzięto go podstępem. Został poproszony, aby udzielił porady technicznej kilku przyjezdnym profesorom. Kiedy wyczerpująco odpowiedział na zadane pytania, oświadczono mu, że właśnie obronił doktorat. No tak, uświadomiłem sobie, w dzisiejszym świecie akademickim jest to nie do pomyślenia.

Jakiś czas temu pomagałem studentowi studiów licencjackich z genetyki wybudować fragmenty – niezbyt skomplikowanej – aparatury badawczej. Z punktu widzenia laika młody człowiek wydawał mi się ponadprzeciętnie dociekliwy. Złożył podanie o przyjęcie na jedno jedyne dostępne miejsce na studia doktorskie w Cambridge. Tak, to tam odkryto podwójną helisę DNA. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pani profesor zapytała go, czy czytał ostatnią pracę naukową siedzącego obok niej kolegi. „Tak” – padła odpowiedź twierdząca. „A co by pan w niej uzupełnił?” Zszokowany chłopak wydusił z siebie jakąś sugestię. „To wiemy – usłyszał – ale co jeszcze?” „No może jeszcze to”. „To też wiemy”. „No i może to” – ośmielił się w końcu. „Widzisz, mówiłam ci” – zwróciła się pani profesor do swojego kolegi, a do młodego człowieka dodała: „Może pan zaczynać studia”. „Ale ja jeszcze nie obroniłem dyplomu” – chłopak odpowiedział zaskoczony. „Z naszego punktu widzenia jest to nieistotne” – i tak zakończyła interview.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem powyżej, to nieco bezładny zbiór różnych zawidzianych i zasłyszanych faktów i spostrzeżeń. Składają się one na pewien obraz tego, co powoduje, że ciągle nie możemy się w Polsce doczekać, na szerszą skalę działań, które można by było określić jako prawdziwie innowacyjne.

Na pewno nie odkrywam Ameryki, dochodząc do wniosku, że problem tkwi w edukacji, i to już od pierwszych klas szkoły podstawowej, a może nawet wcześniej. Edukacja artystyczna nie funkcjonuje wcale, a pozostała jest weryfikowana za pomocą zerojedynkowych testów.

Opinie o nas samych, że jesteśmy narodem głuchym i ślepym są niestety prawdziwe. 95% absolwentów niemieckich szkół ma podstawową umiejętność gry na co najmniej jednym instrumencie.

O problemach w edukacji inżynierów napisałem kilka zdań powyżej. Oczywiście z pozycji laika patrzącego z zewnątrz.

O problemach związanych z edukacją projektantów wszyscy wiemy. Oczywiście mówimy, że akademia nie jest w stanie wszystkiego nauczyć. Absolwent musi część wiedzy zdobyć na własną rękę, już podczas pracy zawodowej. Nie ma się co oszukiwać, inżynierowie często patrzą na nas z góry. To się czasami zmienia, kiedy udowodniamy im, że możemy być dla nich partnerami.

Oburzamy się czasami, kiedy usiłuje się kształcić projektantów w Polsce na innych uczelniach, spoza kręgu szkół artystycznych. Przyzwyczailiśmy się do status quo. Wiem, że wsadzam kij w mrowisko, ale może czas pomyśleć na poważnie o jakiejś zintegrowanej ofercie kształcenia, która dałaby szansę, abyśmy się nawzajem od siebie czegoś nauczyli i przełamali wzajemną nieufność. Nie chodzi o to, żeby zrobić z inżyniera projektanta, i odwrotnie, ale by wypracować wspólny język komunikacji i wzbudzić zainteresowanie wspólnymi działaniami. To, że w ten sposób mogą powstawać prawdziwie innowacyjne idee i produkty, zostało już wielokrotnie udowodnione.

 


ilustracja: Konrad Rószkowski / rochestudio.eu 

czytaj także: