Nr 29/2026 Sozologiczny design
7 Jak człowiek z gołębiem. Od „wrogiego designu” po międzygatunkową wspólnotę w mieście

Nr 29/2026 Sozologiczny design

  1. Wstęp 29

  2. Projektowanie wobec nieludzkiej skali i złożoności

  3. Znaczenie oceny cyklu życia w rozwoju produktu dla biznesu i zespołów projektowych

  4. Produkcja odpowiedzialna społecznie i ekologicznie

  5. Gęstość cyfrowa. Sustainable web design w praktyce

  6. Między grzybnią a poliestrem. Dlaczego rewolucja w modzie nie nadchodzi

  7. Z prochu w proch. Projektowanie ubrań według Yuimy Nakazaty

  8. Jak człowiek z gołębiem. Od „wrogiego designu” po międzygatunkową wspólnotę w mieście

  9. Design krytyczny wobec teorii spiskowych. Parafunkcjonalność i ekokrytyka w projektach Anthony’ego Dunne’a i Fiony Raby


7 Jak człowiek z gołębiem. Od „wrogiego designu” po międzygatunkową wspólnotę w mieście

Mimo że współczesne miasta zamieszkują tysiące gatunków, projektowanie wciąż dba przede wszystkim o jeden – człowieka. Jak design może wspierać zwierzęta żyjące obok nas i dlaczego powinien to robić? Przykład gołębi może tu służyć zarówno jako inspiracja, jak i przestroga.

https://doi.org/10.52652/fxyz.29.26.7 

We współczesnej refleksji na temat miasta ważna rola przyrody staje się rzeczą niemal oczywistą. Chodzi tu nie tylko o walory estetyczne czy rekreacyjne, które tereny zielone bez wątpienia mają. Nie chodzi tylko o kwestie zdrowotne czy użytkowe, które stały chociażby za ideą miast ogrodów Ebenezera Howarda z końca XIX wieku. Nie chodzi też tylko o pożyteczność bądź wyjątkowość wybranych gatunków, takich jak zjadające komary jeżyki, czy pokonujące co roku niebezpieczną drogę do Wisły warszawskie nurogęsi. Gwałtowne zjawiska pogodowe i coraz częstsze kryzysy spowodowane katastrofą klimatyczną i niezrównoważonym projektowaniem XX-wiecznych miast sytuują kwestie zbiorników wodnych, nasadzeń drzew czy troski o glebę w centrum refleksji na temat odporności, czy nawet bezpieczeństwa1. Dbanie o retencję wody dzięki nasadzeniom roślin i zachowywaniu terenów podmokłych zapobiega powodziom i suszom2, a drzewa i gęsta roślinność schładzają powietrze, powodując, że coraz gorętsze lata są znośniejsze, a nawet bezpieczniejsze, szczególnie dla wrażliwych na upały osób starszych3. Równie istotny w refleksji na temat miast jest wpływ przyrody na życie mieszkańców, w tym na ich zdrowie, także psychiczne. Odpowiednie zbalansowanie i zakomponowanie elementów urbanistycznych i zielonych znacznie obniża stres i ryzyko chorób4.

Niekwestionowana waga miejskiej przyrody nie oznacza oczywiście, że zawsze i wszędzie odpowiednio się o nią dba, o czym świadczą niekończące się wycinki drzew, zabudowywanie cennych przyrodniczo czy mikroklimatycznie terenów albo brutalne odstrzały wchodzących do miast dzików. Mimo powszechności tych praktyk coraz trudniej jest je obronić. Jednak to, co wymyka się dyskursowi o trosce i ochronie, to te gatunki i miejsca, które nie mieszczą się w prostym podziale na to, co naturalne, i to, co antropogeniczne. Mogą to być miejskie nieużytki, liczne gatunki synantropijne, takie jak wyrastające ze szpar w betonie mniszki lekarskie, czy wyjadające śmieci wrony. Nie poddaje się ich ochronie jako cennych, wartościowych czy pożytecznych. Nie są one też do końca nasze, nie utożsamiamy się z nimi. To niezbyt egzotyczni inni, powszechni, potoczni, często uciążliwi.

Do takich granicznych organizmów miejskich należą między innymi gołębie. Są one jednym z gatunków, które badacze Kelsi Nagy i Philip David Johnson II nazywają „śmieciowymi zwierzętami” (trash animals). Lokują się one pomiędzy udomowionym a dzikim, uparcie sabotują ludzkie wysiłki, by uporządkować i zapanować nad naturą. Uważa się, że nie mają żadnej wartości ekonomicznej, a nawet zakłócają ludzkie przedsięwzięcia5, stając się tak zwanymi szkodnikami. Autorzy powołują się na teorię antropolożki Mary Douglas, która analizowała, jak powstają przekonania o tym, co jest brudne i nieczyste. Pisze ona: „Jeśli z naszego pojęcia brudu wyabstrahujemy patogeniczność i higienę, zostajemy ze starą definicją brudu jako czegoś nie na swoim miejscu”6. Jak piszą Nagy i Johnson, „teoria Douglas pokazuje, że boimy się tego, co uważamy za brudne lub zanieczyszczone, w wielu przypadkach dlatego, że takie niebezpieczne zanieczyszczenia nie są łatwe do zdefiniowania, kontrolowania lub usunięcia. Nic dziwnego, że rośliny, zwierzęta i owady, które trudno nam zdefiniować, powstrzymać lub kontrolować, są uważane za organizmy-odpadki”7.

Dobrym przykładem tego specyficznego usytuowania gołębi „pomiędzy”: między tym, co naturalne, i tym, co związane z człowiekiem, między dzikim a oswojonym, jest ich nieoczywisty status jako przyrody miejskiej. Kulturoznawczyni Agnieszka Karpowicz zauważa, że gołębie są pomijane, kiedy mowa o miejskich ptakach. Nie ma o nich ani słowa w poświęconym ptakom stolicy rozdziale książki Przewodnik socjologiczny po Warszawie8, podczas spacerów ornitologicznych zwykle nie chodzi się śladami gołębi. Karpowicz pisze: „[…] kwestionuje się w ten sposób ich przynależność gatunkową, podkreślając jednocześnie kategorialną ambiwalencję tych stworzeń. To po prostu »tutejsi« – rdzenni mieszkańcy – stały element miejskiej codzienności, nie tropi się zaś tego, co (zbyt) łatwo i często można zobaczyć na co dzień. Ponadto chodzenie po mieście „szlakiem gołębim« byłoby po prostu średnio atrakcyjnym zwiedzaniem zwyczajnych siedlisk ludzkich, miejskiej kultury, a nie natury”9.

Dzisiejsze gołębie miejskie są najczęściej potomkami uciekinierów z hodowli, które z czasem straciły cechy charakterystyczne poszczególnych ras i upodobniły się do gołębia skalnego, ich dzikiego przodka10. Niegdyś darzone sympatią i chętnie dokarmiane przez mieszkańców i turystów, z czasem straciły dobrą opinię, zaczęły być postrzegane jako uciążliwe, a nawet niebezpieczne, by w 1966 roku zyskać etykietę „szczurów ze skrzydłami”11. Niebezpieczeństwo miało wiązać się z rzekomym przenoszeniem przez gołębie chorób, takich jak ptasia grypa12. Natomiast uciążliwość ściśle wiąże się z przekonaniami co do tego, jak powinno wyglądać nowoczesne, schludne i komfortowe miasto. Gołębie miejskie, potomkowie gatunku skalnego, gniazdują na płaskich powierzchniach przypominających półki skalne. W środowisku miejskim świetnie się do tego nadają elementy architektury i infrastruktury: balkony, poddasza, tablice odjazdów na dworcach. Ponadto bez większego strachu przebywają w innych przestrzeniach stworzonych przez człowieka dla człowieka, uparcie odmawiając chowania się tam, gdzie ludzie postanowili oddelegować przyrodę: do parków, w zarośla, między konary drzew. Jak pisze Karpowicz, „mając skrzydła i wznosząc się w powietrze, gołębie anektują jednocześnie te nisze, które pierwotnie zaprojektowane zostały w miejskim środowisku jako coś, co ma służyć człowiekowi na wyłączność – chodniki”13.

Problem z użytkowaniem przez gołębie elementów przeznaczonych dla człowieka wykracza poza kwestie estetyczne czy higieniczne związane z zanieczyszczaniem powierzchni. Tkwi on dużo głębiej. Antropolog Colin Jerolmack powołuje się na geografów Chrisa Philo i Chrisa Wilberta, którzy twierdzą, że miasto narzuca zwierzętom „złożone oczekiwania przestrzenne”14. Psy wałęsające się bez opiekuna są – używając określenia Mary Douglas – nie na miejscu, dlatego należy je odprowadzić do schroniska. Ich miejsce jest na smyczy, w domu, na podwórku. Analogicznie dziki wchodzące do osiedli ludzkich należy odstrzelić lub, w najlepszym wypadku, przegonić. Ich miejsce jest w lesie z dala od społeczeństwa. Ludzie pracują nad tym, by zwierzęta znajdowały się na „właściwym miejscu”, a te, które przekraczają porządek społeczno-przestrzenny są co najmniej niepokojące. Skoro idealnym wcieleniem natury jest „dzicz”, to miasto powinno być uporządkowaną, poddaną kontroli siatką, w której ramach nie-ludzie spychani są do ściśle określonych, schludnych przestrzeni, takich jak parki i donice. „Podobnie jak chwasty w szczelinach chodnika – pisze Jerolmack – gołębie reprezentują chaotyczną, nieokiełznaną naturę w przestrzeniach przeznaczonych dla ludzi. Gołębie stały się szczególnie pogardzanymi miejskimi intruzami częściowo dlatego, że w całej swojej zwierzęcości są tak publiczne. To prawie tak, jakby drwiły z nas swoim pozornie »nienaturalnym« upodobaniem do kamienia i betonu”15. W podobnym duchu pisze antropozoolożka Gabriela Jarzębowska, która sytuuje moment „modernistycznego przełomu” separowania człowieka od natury mniej więcej w tym samym czasie, kiedy znikają miejskie jatki, w których zabijało się zwierzęta na oczach ludzi, i kiedy zaczyna się wyłapywać bezdomne psy oraz postrzegać gołębie jako utrapienie. „Gołębie to bowiem – pisze Jarzębowska – antyteza idealnej modernistycznej metropolii, czystej i uporządkowanej. Ich status ujawnia głęboko skrywany lęk przed chaosem, brudem i utratą kontroli”16.

Jak pisze Jerolmack, polityka wobec gołębi ma dużo wspólnego z wytwarzaniem przestrzeni publicznych, które będą postrzegane jako zadbane, a przez to bezpieczne dla normatywnych mieszkańców z klas średnich. Podobnie jak nieużytki, czy nawet nieskoszona trawa, kojarzą się z zaniedbaniem i ubóstwem, tak obecność gołębi stała się jednym z wyznaczników przestrzeni chaotycznych i domagających się rewitalizacji. Synantropijne gatunki, witalne i niezależne od człowieka, stały się znakiem nieporządku społecznego. Jerolmack pisze o dyskusjach wokół nowojorskiego Bryant Park, które rozgorzały w 1966 roku17. Komisarz nowojorskich parków Thomas P. Hoving ogłosił plan odnowienia parku, który – jak twierdził – został opanowany przez osoby homoseksualne, w kryzysie bezdomności czy nadużywające alkoholu. Do listy ówczesnych „bolączek społecznych”, dopisano gołębie, nazwane przez nadzorcę parku „naszymi najbardziej uporczywymi wandalami”. W tym kontekście pojawiła się niesławna metafora „szczurów ze skrzydłami”, a komisarz zieleni wyraził nadzieję, że sprzątanie „przyniesie lepszy element ludzki”18. Nie przez przypadek gołębie łączone są także z innymi, często wykluczanymi i starszymi osobami, uważanymi za – w najlepszym przypadku – zdziwaczałe, które karmią ptaki. Jak pisze Jerolmack, omawiając raport radnego Brooklynu Curbing the Pigeon Conundrum (Jak uporać się z problemem gołębi), gołębie i osoby je karmiące zostały przedstawione jako kwestia „jakości życia”, a ich obecność ma zagrażać poczuciu kultury, porządku, czystości i bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej.

W dużej mierze osoby wykluczone w mieście, w kryzysie bezdomności lub ubogie, często – podobnie jak gołębie – uważane za „nie na miejscu”, dzielą z tymi ptakami los przepędzanych i niechcianych. Najlepszym tego wyrazem jest analogia rozwiązań projektowych wymierzonych przeciwko osobom w kryzysie bezdomności i gołębiom. W 1950 roku na amerykańskim Środkowym Zachodzie opracowano Nixalite, dziś wszechobecne kolce na podstawkach montowane praktycznie wszędzie w mieście19. Ludzkimi odpowiednikami kolców na gołębie są realizacje spod znaku „wrogiego designu” (hostile design, defensive design, exclusionary design). Są to takie elementy w przestrzeniach publicznych, które mają za zadanie ograniczanie lub zniechęcanie do zachowań uważanych za niepożądane lub wykluczanie konkretnych ludzi z użytkowania przestrzeni. Należą do nich ławki uniemożliwiające leżenie, kolce zapobiegające siadaniu lub leżeniu czy konstrukcje, które mają wyeliminować rozbijanie prowizorycznych obozów, na przykład pod wiaduktami lub na trawnikach. Krytycy takich rozwiązań argumentują, że wystawianie kolców przeciwko osobom w kryzysie bezdomności jest równoznaczne z fizycznym atakiem, powoduje ból, jest zatem nieetyczne20. Co więcej, „wrogie” design lub architektura mogą nie zawsze być tak oczywiste i często realizują się poprzez brak: ławek, toalet czy miejsc zacienionych. Zwolennicy takiego podejścia argumentują z kolei, że nie zawsze wymierzone jest ono w osoby w kryzysie bezdomności, lecz ma działać z korzyścią dla odbiorców. Takim rozwiązaniem ma być na przykład instalacja niebieskiego światła w publicznych toaletach w Victorii w Kolumbii Brytyjskiej. Ma ono uniemożliwiać wstrzykiwanie sobie narkotyków, powodując, że żyły stają się niewidoczne. Badania pokazują jednak, że użytkownicy wciąż wykonują iniekcje, ryzykując infekcje i urazy21. W większości przypadków stosowanie „wrogiego” designu – wymierzonego zarówno w ludzi, jak i w ptaki – sprowadza się do ochrony lokalnej gospodarki i tworzenia wrażenia bezpieczeństwa w przestrzeniach publicznych. Dotyczy to szczególnie miast, których ekonomia opiera się na turystyce. „Manipulując wybudowanym otoczeniem, planiści zachęcają klientów do wydawania pieniędzy, jednocześnie zniechęcając tych, których chce się wykluczyć z współzamieszkiwania przestrzeni”22.

Zniechęcanie gołębi – i innych ptaków – do współzamieszkiwania przestrzeni doprowadza nieraz do tak ekstremalnych działań, jak instalowanie kolców na drzewach, pod którymi parkują samochody23. Wiele miast walczy z gołębiami, po prostu je zabijając, co nie jest ani skuteczne (populacje szybko się odbudowują), ani humanitarne. Z drugiej strony konflikty, jeśli chodzi o użytkowanie miasta, także te między ludźmi a gołębiami, są nieuniknione, a drastyczny rozrost miejskich populacji ptaków ostatecznie działa na ich niekorzyść. Głównym problemem jest przekarmianie gołębi – przez ludzi, ale też za sprawą dostępności odpadków żywnościowych we współczesnych miastach – i, w konsekwencji, rozrost ich populacji. Według szwajcarskiego biologa Daniela Haaga-Wackernagla przekarmianie jest sztuczną ingerencją w miejski ekosystem24. Prowadzi do zagęszczenia populacji, które stresuje stada oraz wystawia ptaki na zakażenia i choroby. Ostatecznie też, im więcej gołębi w miastach, tym większą ludzką niechęć i agresję powodują. Pracujący w Bazylei Haag-Wackernagel zorganizował tam system mający ograniczyć populację tych ptaków. Rozpoczął od edukacji mieszkańców w zakresie szkodliwości dokarmiania gołębi. Następnie zainicjował wygospodarowanie czystych poddaszy w dyskretnych lokalizacjach oraz zachęcił gołębie, by tam gniazdowały, ostatecznie odtwarzając gołębniki, w których ptaki żyły, zanim ich przodkowie nie pouciekali z hodowli25. Strychy te co tydzień odwiedzali wolontariusze, którzy sprzątali, zostawiali jedzenie i podmieniali jaja na drewniane lub plastikowe atrapy. Cztery lata później populacja gołębi w Bazylei zmniejszyła się o połowę. Odbyło się to w sposób humanitarny, a ludzie odzyskali sympatię do ptaków. Podobnie brytyjska organizacja non profit Pigeon Control Advisory Service (PiCAS) zaczęła od kampanii informacyjnych dotyczących karmienia ptaków. Jednym z rozwiązań, które proponują Brytyjczycy, jest budowanie atrakcyjnych gołębników będących przestrzeniami, w których karmienie jest dozwolone26. Niektóre miasta zorganizowały projektowe i architektoniczne konkursy na projekty takich gołębników, tak jak w praskiej dzielnicy Žižkov, gdzie za organizację przedsięwzięcia odpowiedzialna była była Galeria Miejska w Pradze. Zwycięski projekt Karolíny Munkovej i Paulíny Závackiej miał pomieścić 200 gołębi, których jaja miały także być podmieniane na atrapy27. W lutym 2026 roku Kraków wraz z Fundacją Dzikusy Salamandry rozpoczął program polegający na stworzeniu specjalnych gołębników, w których podawane ma być ziarno ze środkiem antykoncepcyjnym28

Propozycją w mniejszej skali są drobne interwencje miejskie, które zaprojektowała Olga Kozłowska w ramach projektu Oikos znaczy dom29. Jest to seria rozwiązań służących często niezauważanym, a nawet pogardzanym zwierzętom w miastach: przesmyk dla jeży ułatwiający im pokonywanie ogrodzeń, rampa dla małych ssaków umożliwiająca wydostanie się ze zbiornika wodnego o wysokim brzegu lub zejście do wody, poidełko dla owadów, krawężnik wspinaczkowy oraz właz ewakuacyjny dla szczurów dający im szansę ucieczki z przepełnionych podczas ulewy kanałów. Każdy z projektów jest łatwy i tani do produkcji i ma ustandaryzowane rozmiary. Dwie z interwencji projektantka poświęciła gołębiom. Należy do nich półka lęgowa – betonowa konstrukcja, którą można zawiesić z dala od ludzkich balkonów, tak żeby gołębie mogły gniazdować, nikomu nie przeszkadzając. Drugim z projektów jest półka do siadania dla ptaków. Konstrukcja ta ma być mocowana na tablicach odjazdów lub innych wiszących elementach, które gołębie chętnie anektują, tworząc zagrożenie dla ludzkich fryzur i kapeluszy mogących ulec zabrudzeniu W konsekwencji na takich elementach notorycznie montuje się kolce. Projekt Kozłowskiej opiera się na studium form, które są niewygodne dla gołębi. Półka ma zatem rant w takim kształcie, który zniechęca do siadania na brzegu, tworząc jednak bezpieczną i wygodną przestrzeń pośrodku. Oba te projekty bazują na negocjowaniu między gołębimi potrzebami i zachowaniami a ludzką wygodą, czystością i potrzebą porządku. Nie przeganiając ptaków z miasta, proponują im takie rozwiązania, dzięki którym ich obecność może być dla ludzi mniej uciążliwa.

O krok dalej idzie spekulatywny projekt duetu Revital Cohen i Tuur van Balen Pigeon d’or z 2010 roku30. Jest to seria interwencji o różnej skali, która opiera się na pomyśle, by gołębie wydalały mydło. Pierwsza interwencja, w mikro skali, jest z zakresu biologii syntetycznej. We współpracy z biochemikiem Jamesem Chappellem projektanci zaprojektowali i stworzyli bakterię, która zmienia metabolizm gołębi. Zmodyfikowany mikroorganizm tworzy coś w rodzaju naturalnego detergentu do mycia okien. Nakarmione tą bakterią gołębie powinny defekować mydło. BioBrick, czyli standardowa część biologiczna stworzona w ramach tego projektu, dostępna jest w rejestrze takich części w MIT31. Druga interwencja, w makro skali miasta, zakłada współpracę z hodowcami gołębi, kurczącą się grupą głównie starszych osób, które trzymają gołębie pocztowe i wystawiają je w wyścigach. Ludzie ci, jak zauważają Cohen i van Balen, posiadają unikatową wiedzę ucieleśnioną. Projektanci stworzyli serię spekulatywnych obiektów. Pierwszy z nich to interfejs między gołębiem a zaparkowanym samochodem pozwalający, aby wyprodukowane mydło wylądowało na przedniej szybie. Drugi to urządzenie umożliwiające, by gołąb stał się częścią domu, pozostając jednocześnie poza nim. Ułatwia to bezpośrednią interakcję człowieka z ptakiem.

Projekt Revital Cohen i Tuur van Balen pozostaje w obszarze designu spekulatywnego, ponieważ prawo Unii Europejskiej nie pozwala na testowanie wyprodukowanej bakterii na żywych organizmach. Jest to jednak narzędzie do refleksji nad kwestiami prawnymi, etycznymi i politycznymi. Zadaje także pytanie o to, czy gołębie muszą być użyteczne, by zostały zaakceptowane przez ludzi? Twierdzę, że nie muszą i nie powinny. Projekt Pigeon d’or naświetla ludzką interesowność, jeśli chodzi o troskę o inne gatunki. Gołębie natomiast ani nie są wyjątkowe, ani – według wielu – szczególnie urocze, ani zagrożone. Nie służą niczemu i nikomu. Nie zjadają uciążliwych owadów, nie zachwycają śpiewem ani barwnymi piórkami. Dlaczego zatem powinniśmy przywrócić gołębie do łask i tworzyć rozwiązania projektowe ułatwiające pokojową współegzystencję między Homo sapiens a Columba livia forma urbana? Wydaje się, że z empatii i zwykłej przyzwoitości. Gołąb miejski został niejako stworzony przez człowieka: najpierw hodowcę, potem nierozważnego karmiciela. Jako gatunek synantropijny przyzwyczaił się do współbycia z ludźmi, zapewniającymi mu – dzięki obfitości jedzenia i przyjaznej infrastrukturze – optymalne warunki bytowania. Karanie go za to kolcami i odławianiem wydaje się po prostu brutalne i nie w porządku.

Publikacja 29.07.2026