Kilka lat temu ogródek jordanowski w Raciborzu był przestrzenią zapomnianą. Miejsce to było zaniedbane, a pozostałe tam dwie metalowe huśtawki i zarośnięte boisko asfaltowe przydawały się wyprowadzającym psy i jako miejsce ustronne.
To był jednak dobry czas na działania prospołeczne. W 60-tysięcznym mieście spotkało się kilka osób, które opracowały koncepcję na wymarzony ogródek jordanowski, a następnie zachęciło Urząd Miasta do jego rewitalizacji.
Mimo sukcesu, jaki odniósł projekt (w postaci ciągłego oblężenia przez rodziny z dziećmi), brakowało w tej idei elementu integracji i pokazania, że ogródek jordanowski w Raciborzu to nie tylko plac zabaw.
Pełniąc wtedy funkcję miejskiego architekta, zainicjowałam cykliczne imprezy na rozpoczęcie i zakończenie sezonu wegetacyjnego – tak żeby wykorzystać właściwości przyrodnicze tego miejsca. Co ciekawe, jedynie z poparciem garstki osób i zerowym budżetem udało się zorganizować wydarzenia, które już powoli wrastają w tkankę miasta, a przez niektóre osoby, ze względu na innowacyjną formę, nazywane są kultowymi.
Ogródek jordanowski w Raciborzu to krótka historia sukcesu, która udowodniła, że najlepsze rzeczy powstają, gdy miasto tworzą mieszkańcy z całą ich różnorodnością i energią.
—
* Artykuł publikujemy jako część cyklu Okiem praktyków, w którym teksty nie muszą przechodzić standardowej procedury recenzji.